Babski Wyjazd na Mazury

 

Babski wypad z pewnością zaliczyć można do udanych. W gronie tak pozytywnych dziewczyn trudno byłoby się nie bawić dobrze! O tym jak znalazłyśmy się na wyspie zamieszkałej przez nieparzystokopytne zwierzęta hodowlane przeczytacie poniiżej.

Każdy z nas przechodzi w życiu taki czas, kiedy dość ma wszystkiego i chce „wyjechać w Bieszczady”. W zasadzie od Bieszczad zaczęła się nasza przygoda. Któregoś gorszego dnia napisałam do Pati, że marzy mi się ucieczka od codzienności, mniejszych i większych problemów i wypoczynek z dala od ludzi i miasta. Patrycja zgodziła się ze mną; relaks wśród gór i lasów to świetna sprawa. Rozwodziłyśmy się długo nad zaletami naszej wymarzonej samotni, spokoju, stabilizacji i niemal całkowitego bezruchu. Potem też długo zastanawiałyśmy się, w którym momencie nasza ucieczka w Bieszczady zamieniła się w zorganizowany babski (tu: głośny, imprezowy, szalony) wypad i co nas do tego podkusiło… 😉

Kiedy klamka już zapadła i w mojej wizji ogrzej samotności zagościło 10 dodatkowych osób nie pozostało mi nic innego jak tylko zaakceptowanie tego stanu rzeczy. Celem naszej wyprawy stał się domek letniskowy należący do Gościńca pod Dębem znajdującego się niedaleko Biskupca, za Olsztynem. Dopiero na tydzień przed wyjazdem dotarło o mnie, że nie jadę na ani w Bieszczady ani nawet na Kaszuby, lecz niedługo wyląduję w odległym o ponad 300 km równoległym mazurskim wszechświecie. Zapytacie; jak to się stało, że współorganizowałaś imprezę dobrze nie wiedząc gdzie? Odpowiedź jest prosta; na imię mi nieogar 🙂

 

Sen z powiek  spędzało nam w jaki sposób ogarniemy tyle dziewczyn, biorąc pod uwagę, ze gdzie jedna dziewczyna tam 3 opinie, 10 zmian zdania i nieograniczony limit marudzenia 🙂 ułatwieniem w komunikacji z całą grupą był oczywiście facebook na którym założyłyśmy wydarzenie. Zamieszczałyśmy tam aktualności, pytania do ekipy oraz tabelki z rozliczeniami. Kiedy już wszystkie sprawy organizacyjne dopięłyśmy na ostatni guzik mogłyśmy przejść do tej przyjemniejszej części naszego planu- wyjazdu.

Po pracy w piątek zapakowałyśmy manele, wcześniej ogarnięte zakupy i wyruszyłyśmy w siną dal 🙂 Droga nie była łatwa; jechałyśmy w ciemnościach a im bliżej ośrodka tym gorzej było trafić. W końcu dotarłyśmy na miejsce unikając kolizji z konio-łosio-jeleniem i wybuchu chłodnicy. Wyobraźcie sobie, że w samym środeczku gęstego lasu całkowicie omyłkowo (bo przecież kobietom bardzo, BARDZO rzadko pomylić się zdarza) wybrałyśmy jednak tą drugą prawą drogę. Efektem czego doszło do nieplanowanego zakopania kół samochodu w błotnistej podeszczowej mazi leśnej i do równie niekontrolowanego niemal śmiercionośnego wybuchu chłodnicy, który mógł doprowadzić do nieszczęścia. Jednak dzięki naszej błyskotliwości i elokwencji oraz wykonaniu połączenia do samca ogarnęłyśmy temat i niewzruszone tym poważnym zdarzeniem pełnej nadziei i z uśmiechem na twarzy, butelką piwa w dłoni ruszyłyśmy dalej w mgłę wypatrując dobrej zmiany 🙂 nie był to jednak koniec dziwnych atrakcji tego miejsca 🙂

Zdarzyło Wam się kiedyś być zaskoczonym przez minionka? Mi owszem, zwłaszcza, że ten minionek całkiem sporo palił 🙂 Domek ,w którym się zatrzymałyśmy był przestronny, nieco staromodnie urządzony, ale dodawało mu to uroku. W szczególności zapadło nam w pamięć małżeńskie łoże z lustrem i radio-budzikiem w zagłówku.  Wraz z zaprzyjaźnionym wspomnianym już Minionkiem oraz resztą ekipy zaraz po rozpakowaniu walizek rzuciłyśmy się w strony beztroski fundowanej przez polskie browarnictwo i gry karciane.

 

Sobota była dniem pod znakiem atrakcji jakich się nie spodziewałyśmy. Gościniec pod Dębem to miejsce, w którym można bardzo sympatycznie spędzić czas, odpocząć i dobrze zjeść. Przekonałyśmy się  tym korzystając z oferty śniadaniowej. Dużo, dobre, dokładki- 3xD doskonale opisujące moje wrażania. O ile na co dzień nie jestem łakomczuchem, tak na tym wyjeździe mogłabym nie odchodzić od stołu! I nie oddalać się za bardzo od piwerka, swoją drogą 🙂

Ewa z Gościńca pod Dębem pełniąca funkcję animatora turystycznego a nieoficjalnie największej gaduły i marketingowca zaproponowała nam wycieczkę na wyspę Dadaj co okazało się być strzałem w dziesiątunie! Pani Ewa dzięki swoim umiejętnościom prawie sprzedała mi konia, więc uważajcie na nią bo ta kobieta zadba o to, żeby niczego wam nie zabrakło i spełni wszystkie wasze prośby. Nawet jeśli nie chcecie 🙂 Na samym początku plan obejmował przejazd rowerami na miejsce. Jednak z uwagi na to, że zjawiłyśmy się w Gościńcu na samym początku sezonu prace serwisowe sprzętu nie zostały przeprowadzone. Pełne smutku zostawiłyśmy rowery i ruszyłyśmy w drogę pieszo.

Wczesną wiosną to miejsce wyglądało magicznie. Do wyspy prowadziła droga przez obsypany wiosennymi kwiatami las. Drewniany pomost, czysta woda mazurskigo jeziora i wszędzie zielono to jedynie wstęp do opowieści, którą można by stworzyć o tym miejscu. Serdeczni właściciele pozwolili nam przespacerować się po ich ziemi. Konie, kuce i osiołki- sami zobaczcie jak tam było super!

 

Udało nam sie także zrelaksować nad brzegiem jeziora, zjadłyśmy pierwsze w sezonie kiełbaski z ognista i super miło spędziłyśmy czas na wspołnym gotowaniu, plotkownaiu, graniu w różnego rodzaju gry. Aż żal było wracać do domu! W drodze powrotnej zajechałyśmy na lody do Biskupca oraz pstryknęłyśmy focie z Kopernikiem.

 

 

 

 

 

 

 

Post Author: Pati i Kinga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *